Wydaje mi sie, ze brak tlumaczy nie jest tu najwazniejszy. Dla wydawcy (w
przeciwienstwie do fanow) ksiazka jest przede wszystkim produktem, ktory trzeba
sprzedac. Moja Babcia robi super winko, kazdy francuski wyrob to przy nim
sikacz zwykly, a mimo to nie sadze, zeby babuni udalo sie opanowac francuski
rynek. Wiem, ze upraszczam, ale chodzi mi o przedstawienie toku rozumowania, a
jako wiloletni belfer ma sklonnosci (niezdrowe) do wypowiadania sie w sposb
lopatologiczny.
Niestety, zycie jest brutalne - ksiazka ma sie sprzedac w duzym nakladzie. A
nastawienie na masowego odbiorce to:
- stawianie na pewniakow (Smith sprzedal sie dobrze poprzednio, to i teraz sie
sprzeda)
- unikanie zagrozen (Bog raczy wiedziec, czy wytwor jakiegos goscia ze wschodu
sie sprzeda)
- rownanie do sredniej populacji (moze ktos chcialby poczytac cos innego, ale
ilu takich wariatow jest)
Nie mozna tez pominac faktu, ze ksiazka obcojezyczna ma trudniejsza droge-ktos
ja musi przede wszystkim zauwazyc, zaryzykowac wypromowanie, itd....
Pozdrawiam
jenny
--
Wysłano z serwisu OnetNiusy:
http://niusy.onet.pl